viernes, 23 de enero de 2026

KRĄG SIĘ ZAMYKA

– Dobry wieczór, pamięta mnie Pan? – mężczyzna, który zastąpił pułkownikowi Jorgemu Iribarrenowi drogę, wzrost miał niski, cerę śniadą, włosy zaś kręcone; ubrany był w kurtkę lotniczą, brezentowe spodnie i skórzane buty.

– Nie, nie pamiętam, – powiedział Iribarren. –  Czyżbym musiał?

– Myślę, że tak – stwierdził tamten. Wyjął z wewnętrznej kieszeni kurtki papierosa i magicznym ruchem (– przynajmniej Iribarrenowi wydał się magiczny) zapalił go tą samą ręką– Zabił mnie Pan jakiś czas temu.

Przez chwilę pułkownik Iribarren stał w miejscu. Zmierzch powoli ustępował miejsca nocy. Zanim odpowiedział, spojrzał na jasne niebo, na księżyc, który chował się wśród budynków okalających skwer.

– No tak, chociaż konkretnie Pana nie pamiętam. Zabiłem wiele osób takich, jak Pan, ale jeszcze nikt z nich na to mi się nie skarżył. Jest Pan pewien, że to byłem ja?

– Czy że to Pan mnie zabił, czy że wydał Pan taki rozkaz?

– To i drugie, – Iribarren ani się przejął. W życiu przydarzyło mu się wiele trudnych sytuacji, jakiś tam mitoman wielkiej krzywdy nie zrobi.

– Może przypomni mnie sobie Pan, gdy powiem, jak się nazywam.

– Nie sądzę, –odparł szybko Iribarren.

– A jednak powiem. Za życia byłem komandorem Sampedro.

Iribarren zrobił krok w bok: szkoda czasu, trzeba obejść przeszkodę i po prostu iść dalej. Zakładał, że nawet w tej niecodziennej sytuacji postąpił tak jak trzeba, nie pokazując ani wrogości, ani cynizmu w stopniu większym od normalnego. Z tego właśnie powodu, kiedy podający się za komandora Sampedro mężczyzna skopiował ruch pułkownika i znów stanął przed nim, postanowił skończyć z własną biernością.

– Z całym szacunkiem. Żywy czy martwy, blokuje mi pan przejście. Czeka na mnie rodzina. Już powiedziałem, że Pana nie znam, że nie kojarzę, żebym Pana zabił osobiście lub wydałem rozkaz, aby ktoś Pana zabił. Nie mam nic wspólnego z Pańską śmiercią i z tego właśnie powodu łaskawie Pana proszę zejść mi z drogi, – te ostatnie cztery słowa zabrzmiały o oktawę wyżej niż reszta zdania.

W tym samym momencie, jakby podporządkowując się jakiemuś sygnałowi lub wykonując program, światła w parku Zgody Narodowej jednocześnie się zapaliły. Wydawało się, iż właśnie błysnął piorun i jednocześnie postanowił zawisnąć w atmosferze.

Iribarren zmrużył oczy; Sampedro się uśmiechnął. Za plecami komandora ukazała się cała gromada mężczyzn i kobiet o posępnych i poważnych twarzach. Były wśród nich także dzieci i osoby starsze.

– Niech pan pułkownik wybiera. Jeśli myśli pan, że się mylę, że to nie pan mnie zabił, ma pan teraz dobrą okazję naprawić swój błąd. Mam całkowitą pewność, że zabił pan niektórych z tych ludzi, a może nawet wielu… choć wystarczy nawet jedna osoba, nie sądzi pan?

Księżycowa bladość, która się pojawiła na twarzy Iribarrena, jasno dawała znać, że tym razem Sampedrowi się udało. Tłum wydawał się poruszać, żądając od niego – od niego osobiście – zadośćuczynienia za czyny popełnione w przeszłości. Martwi czy żywi, stali przed nim. Realni czy nie, stali przed nim. Postanowił jednak nie gadać banałów, że wykonywał czyjeś rozkazy. Użył swej zwykłej strategii i rozpoczął kontratak.

– Niektórych pamiętam – powiedział. – Takiego o nazwisku Bernal, Rosę Naranjo, Bernarda Zelińskiego i jeszcze chłopca, którego miał przydomek Odłamek, Marcelo Cardoso. Są tu? – Machnął ręką w kierunku tych ludzi. – Wystarczy tego?

– Są – powiedział Sampedro głosem bardzo poważnym. – A czy wystarczy… tego się wkrótce dowiemy.

Cztery sylwetki oddzieliły się od tłumu i ruszyły naprzód, aż stały przy Sampedro, dwie z każdej strony. Kobieta trzymała za rękę dziecko. Zeliński to był głęboki starzec, Odłamek zaś i Bernal prawie nastolatkowie.

– To wasze imiona wypowiedziałem? – spytał Iribarren. – Nie pamiętam was, przynajmniej twarzy waszych nie pamiętam.

– Umysł jest selektywny – powiedział z zadumą Sampedro. – O niektórych czynach lepiej byłoby zapomnieć, a najlepszym na to sposobem jest zapomnienie twarzy osób przez siebie zabitych, nie sądzi pan?

Iribarren nie czuł nic szczególnego będąc w otoczeniu ludzi, którzy nie dość, że zapewniali, że są martwi, lecz na dodatek oskarżali go o swoją śmierć. Nic nie czuł – i wiedział, dlaczego.

– Co teraz? – spytał. – Chcecie się na mnie zemścić? O to chodzi?

Pięcioro osób zamieniło się spojrzeniami. Widać było, że się wahają. Aż w końcu głos zabrała kobieta, Rosa.

– Myśli pan, że tego byśmy nie zrobili? Na mielone byśmy pana roztłukli bez żadnego poczucia winy. Ale nie możemy. Martwi nie zabijają.

– Rozumiem, – powiedział Iribarren, – martwi nie zabijają. – Jego twarz bez żadnego wyrazu tamowała niejasne jeszcze uczucia, które zaczęły już go gryźć od środka.

– Nie boi się pan? – zapytał Bernal. Wyglądał teraz jak spokojny i łagodny mężczyzna, nie chłopiec , i tym bardziej nie jako wariat, którego pozbyć się byłoby łatwiej niż karalucha.

– Czy boję się koszmaru sennego? – Iribarren skrzywił twarz, ale nie pozwolił sobie się uśmiechnąć.

– A więc o to chodzi – powiedział Sampedro. – Sądzi pan, że to jest sen. – Komandor ugryzł się w górną wargę i stał tak przez chwilę. Iribarren zgadł, że nie podobała się jego przeciwnikowi taka rozgrywka. Był pewien, że możliwość ta została przewidziana w badaniach wstępnych, lecz nie potrafił upewnić go, pułkownika Jorgego Iribarrena, że nie śpi, że to nie jest zwykła mara senna, która spadnie jak tylko człowiek się obudzi.

– Śnię lub wariuję, – nie odpuszczał Iribarren. – Koszmar może przybierać wszelakie formy, w tym absurdu. Zaczęło się od tego, że znalazł się pan przede mną na drodze, chociaż nie pamiętam, co było wcześniej. Wzrok mam przesycony do pewnego momentu, potem jest przepaść. Jednego jednak jestem pewien: jesteście tworem mojego umysłu, nie ma was.

– Pana rannego umysłu, chorego umysłu pana? – Sampedro usiłował przejąć inicjatywę, uderzyć mocno, żeby zabolało. Ale Iribarren wiedział, że żaden pocisk już nie przebije pancerza; wiedział , że jest twardy, bardzo twardy. Nic mu zjawa nie zrobi.

– Mojego umysłu – Iribarren rzucił na wszystkich pięciorga długie spojrzenie, w którym nie było ani strachu, ani kpiny. To trwało zbyt długo i było zbyt prawdopodobne. Ale zbyteczność nigdy mu nie przeszkadzała.

– Co ma pan na myśli? – Zeliński zrobił krok do przodu wyciągając rękę. Dłonie miał olbrzymie, mógłby udusić Iribarrena jedną tylko z nich. – Myśli, że jak pan powie, że zwariował, to będzie już po wszystkim?

– Nie wierzę w zjawy – odparł Iribarren. – Ani w winę, ani w mity, ani w ból. Jedyne w co może trochę wierzę, to śmierć.

– I z tych tylko powodów, – powiedział Sampedro, – jest pan upewniony, że śni? Szkoda mi Pana!

Iribarren nie zmienił wyrazu twarzy, machnął ramionami i powiedział: – Nie ma innej możliwości. Wystarczy, że zrobię wysiłek i się obudzę. Wiele razy to robiłem. – Zamknął oczy, ścisnął powieki, na czole pojawiły mu się paski podobne do pentagramów, parę zmarszczek i blizna utworzyły pięciolinię. Ale gdy otworzył oczy, nic się nie zmieniło. Po raz pierwszy wydawał się z lekka zagubiony.

– Wzrok może przesycony, – zaobserwował Sampedro, – ale wciąż jest. Co zostaje? Zostaje coś? Z tej przepaści, z tej czarnej nocy. Nie śni pan, nie wariuje, nie ma pan halucynacji. Co zostaje?

– Przepraszam, ale nie rozumiem, o czym pan mówi. Może to jest tylko trans spowodowany jakimś narkotykiem. To jest możliwe. Ktoś podał mi narkotyk, aby wymusić na mnie to doświadczenie. Ale to nie może trwać wiecznie. Uwolnię się od tego, może być pan tego pewien.

Komandor Sampedro westchnął: – To jest silniejsze niż Pan myśli. Nie, Panie pułkowniku, nie koszmar ugotowaliśmy panu – bardziej to przypomina więzienie, w którym na zawsze Pan pozostanie. Już Pan od tego się nie uwolni, dopilnujemy tego.

– Uwolnię się – powiedział Iribarren spokojnie. – Niech Pan się nie wygłupia. Ocknę się, – tu przerwał na chwilę i wyciągnął papierosa. Nie znał się na sztuczkach magicznych, więc użył zapałki. Po tym, jak wypuścił wielki kłąb dymu, wyciągnął w kierunku Sampedro tę samą rękę, w której był papieros; trochę mu drżała. – Powiem Panu, co zamierzam zrobić, żeby raz na zawsze skończyć z tą iluzją. Jesteście Państwo martwi, i to bardzo martwi. Moi koledzy i ja postaraliśmy się, aby tak się stało. Dlatego zaszarżuję, przejdę przez wasze ciała na przełaj, a gdy będę już po drugiej stronie, znikniecie Państwo, jak dym tego papierosa.

– Ale skąd taka pewność? – powiedział Zelinsky. – Co, jeśli natknie się Pan na martwych, co, jeśli nie jesteśmy z mgły stworzeni? W takim razie będzie Pan miał problemy, co, nie?

Iribarren zastanowił się nad sednem sprawy. Było dokładnie tak, jak powiedział staruszek: musiał podjąć ryzyko i sprawdzić, na ile ściana jest mocna. A co, jeśli martwi okażą się z krwi i kości? Co wtedy zrobi?

– Nie musi pan sprawdzać – powiedział dziarsko Sampedro. – Niech Pan mi zaufa i grzecznie przyjmie swój los. Nigdy nie przypuszczał Pan, że kiedyś trzeba będzie zapłacić za swoje czyny?

Potężna ławina nacierała pułkownikowi na usta; tym razem nie zatrzymał wybuchu śmiechu: – Kara? Myśli Pan, że robiliśmy to co robiliśmy, aby potem przez resztę życia czekać na karę wykonaną przez tę samą wolę, która nas zasilała? Znamy to uczucie, gdy Bóg tętni w naszych żyłach, z naszą krwią wymieszany. A wy może się wahaliście zabijając naszych? Czy wasza religia różni się od naszej?

Znów zawieruszyło się w przestrzeni zajętej przez tysięcy zabitych i oprawcę; przypominała szachownicę, na której byli figurami. Park Zgody Narodowej ponownie stał się polem walki. Pułkownik Iribarren wzdrygnął się odruchowo, słysząc głośny ryk pochodzący z jednego gardła – zebranego tu tłumu.

– Nie, nie wahaliśmy się, – rzekł w końcu Sampedro.

– Ale i teraz się nie zawahamy, – oznajmił Zeliński podsuwając wojskowemu pod nos swoją wielką pieść.

Iribarren otworzył oczy, jak gdyby to były żuchwy, i zatrzepotał nimi. Martwi zrobili krok w tył.

– Teraz rozumiecie? – rzekł. – Jesteście niczym, dymem, mgłą, oparami, kondensatem moich własnych zastanawiań, ponieważ nie pozwalam sobie czuć żadnej winy za to, co popełniłem – za to, co popełniliśmy.

– Jest teraz remiz pomiędzy nami, Iribarren, – powiedział Sampedro, zajmując pozycję sprzed chwili. – Ale mamy jeszcze małą, mikroskopijną przewagę. Gra Pan w szachy?

– Do czego Pan teraz zmierza? Tak, gram, co z tego?

– W takim razie, – Sampedro kontynuował śmiało – wie Pan, iż dobry gracz nawet w sytuacji ścisłej równowagi widzi, jak ma postępować, żeby wygrać. Symetria i równowaga. O tym też Pan wie?

– Dajcie mi święty spokój! To jest wasza zemsta, utrzymywanie mnie tu przeciwko mojej woli, dręczenie mnie zagadkami i obskurnymi groźbami?

Sampedro się zaśmiał. Niektórzy z pozostałych podchwycili ten śmiech bez większego entuzjazmu.

– Kupuje Pan tanio, prawie za darmo dostaje, a jak chce sprzedawać, to już w cenie złota. Nie, Iribarrenie. To byłoby zbyt lekko, zbyt… brzydko, gdybyśmy się zrezygnowali poprzestać na zwykłem koszmarze.

– A to jest, do cholery, koszmar! Obudzę się i wszyscy znikniecie!

– To nie jest koszmar, Panie pułkowniku, – rzekła Rosa.

– To nie jest koszmar, – echem odezwał się Bernal.

– Chcecie mnie tymi powtórzeniami zmusić? Myślicie, że wystarczy powtórzyć raz tysiąc “to nie jest koszmar, to nie jest koszmar”? – Iribarren pozwolił, aby cyniczny grymas rozniósł się po całej go twarzy. – Martwi, a do tego jeszcze debile. Tak to nie działa. Jestem profesjonalistą i też wiem, co robię. W zasadzie, zrobiłbym to znów. Myślicie, że tylko wy tacy jesteście, co wierzycie w ideologię, wartości, idee?

– Chwilę temu powiedział Pan, że nie wierzy ani w winę, ani w ból, co daje mi prawo myśleć, że nie wierzy prawie w nic, – wrzasnął Sampedro. – Tylko może trochę w śmierć. To Pan powiedział, nie ja. A teraz gada Pan o ideach i wartościach.

– Nie pobije mnie Pan, Panie Sampedro, w batalii dialektycznej. Ja nie jestem łatwym łupem. Mógł Pan wybrać pacana, jakim jest generał Pozzi lub pułkownik Estévez! Z nimi możecie grać w tę grę aż wam się znudzi, jak najgorszy kot z najlepszą myszą. Ale ze mną nie. Ja czytam, ja się uczę. Wojna, którą przeciwko wam prowadzę, jest czymś większym, niż tylko obrona interesów grup gospodarczych. To jest krucjata, Sampedro, i Pan się ze mną rady nie da.

Sampedro spojrzał na swoich wspólników, pokazując im, że wszystko idzie według planu. Ale tu głoś wziął Zeliński.

– Nie wyobraża sobie Pan, co Pana czeka.

Iribarren spojrzał na Zelińskiego wzrokiem ostrym jak kosa.

– Zamierzam się raz na zawsze obudzić, taką mam nadzieję, żebyście zniknęli z mojej drogi. Zamierzam przejść przez ten cholerny park i wrócić do domu, zostać z moją rodziną, zjeść kolację, trochę poczytać przed pójściem spać. Zazdrościcie mi tego? Ja to mam, a wy to straciliście. Wygrałem. Wygrałem, kurwa! – Pułkownik zakrył twarz dłonią, tak jakby chciał ściągnąć z twarzy maskę: ścisnął wierzchołek nosa dwoma palcami i wstrząsnął głową po stronach. Trzask chrząstek zabrzmiał glośno w spokoju ciepłej nocy.

 

– Nie, Panie pułkowniku, – rzekł Sampedro, – partia jest wciąż grana, i to my mamy dobre szanse.

Nie anonsując swojego posunięcia, Iribarren ruszył z siłą na pierwszy rząd martwych. Lecz nie zdążył zaskoczyć ich swoją szybkością. Martwi odeszli w bok, pułkownik potknął się i przewrócił się w krzaki. Usłyszał krótki wybuch powstrzymywanego śmiechu.

– Daremnie stara się Pan dowieść, iż jesteśmy zjawami – rzekł Zeliński. – Nie o to chodzi, Panie Iribarrenie.

Iribarren wstał i pomaszerował prosto do domu, nie rozglądając się za siebie. Był pewien, że pozostawia za plecami pozbawione krwi i kości resztki snu, ale nie chciał dawać przyjemności tym podłym martwiakom.

 

Sprawa traciła się na ważności w miarę tego, jak Iribarren zbliżał się do domu. Wiedział, że codzienność, znajome przedmioty, które stoją tam, gdzie trzeba, przegonią ostatnie reszty halucynacji. A jeśli to nie była halucynacja? To było jedyne możliwe wyjaśnienie. Ogarnął go spokój: wiedział, co na niego czeka. Przypominał sobie każdy szczegół z nadzwyczajną dokładnością, i samo układanie tej listy inwentaryzacyjnej napełniało go swego rodzaju psychiczną mocą. Ogród, pies, grill, na którym smażył mięso, drzewo pomarańczowe, skrzynia z bronią. Wszystkie te rzeczy przywracały go do rzeczywistości. Z tego powodu był pewien, że to, co przeżył, było koszmarem lub niepożądanym skutkiem jakiegoś zajścia, którego przyczyna jeszcze się znajdzie. Pomyślał o Lucii, która pewnie już się wkurza spóźnieniem, bo przecież jedzenie trzeba jeszcze raz podgrzać; o Marcie, która ociera oczy w uporczywej walce ze snem; o Gonzalu, zawsze niecierpliwym, ale dyscyplinowanym, posłusznym ojcowskim nakazom na tyle, że nie wychodził nawet na spotkanie z przyjaciółmi nie powiedziawszy wcześniej “dzień dobry tato” i nie wymieniwszy parę słów. To, co dobrze jest ustawione, będzie trwało zawsze, powiedział sobie.

Kiedy już zobaczył swój dom, przeszły go dreszcze. Światła były zgaszone, tak jakby nikogo w środku nie było. To niesprawiedliwe: pomiędzy życiem poprzednim a wiecznym, które miało nastąpić po tym teraźniejszym, nie było nic poza wydarzeniami przewidywalnymi, prostymi, osobiście przecież się postarał, aby tak było. Mrugnął – i światła się zapaliły, tak jak wcześniej w parku zapaliły się wszystkie światła jednocześnie. Czy jakiś niezdolny operator krył się w cieniu wierzb, niezdarny pracownik, który co chwila się rozprasza i zapomina, że trzeba coś włączyć? Iribarren szybko się ocknął i pewnym krokiem przeszedł ostatnie metry. Szczekanie dalmatyńczyka Bismarcka, które jeszcze z dala usłyszał, zamknęło krąg niewidzialnych znaków. Pozwolił psu skakać na siebie, póki otwierał furtkę; potem odepchnął go jednym ruchem ręki. Wstawił klucz w zamek drewnianych drzwi z pewnością lamy i nie mogąc się oprzeć zawołał:

– Lucio, jestem w domu!

W odpowiedzi dostał osobliwą ciszę. Nie była to pełna albo brutalna cisza, lecz cisza dziwna, zrobiona z malusieńkich cząstek dźwięku. Nakładały się nawzajem odgłosy zabawek w piaskownicy, dźwięki rzucane przez salę niezdarną ręką, dziwne, głuche hałasy. W końcu zrozumiał: takie odgłosy wydają aktorzy, przebierając się w kulisach, gdy jeden akt się skończył i zaczyna się drugi. Powtórzył: jeden akt się skończył i zaczyna się drugi. Usłyszał szept zagubionych, niewiernych myśli, i imiona stały mu się w gardle gulą. Lucia. Martita. Gonzalo. Chciał ich zawołać i nie potrafił.

– Jestem – wydał z siebie szorstki głos. Półmrok kuchni wypluł ku niemu kobietę. Podeszła wycierając ręce, włócząc nogi, dysząc. Była to Rosa Naranjo.

– Co Pani robi w moim domu? – powiedział Iribarren, lub w każdym razie prawie powiedział, słowa bowiem wysuszyły mu się w podniebieniu i w dziąsłach, zanim dotarły do warg. Ale kobieta potrafiła rozszyfrować ten jęk.

– Co robię w swoim domu? – odparła. – Gotuję dla Pana, który lada chwila przyjdzie.

– Gdzie jest Lucia?

– Kto to Lucia?

– Gdzie są dzieci?

– Tu jestem – rzekła dziewczynka, którą Rosa trzymała w parku za rękę. Iribarren po raz pierwszy spojrzał na nią. Miała śniadą cerę, oczy jej biegały. W ogóle nie była podobna do Marty. Ale na tym dziewczynka nie poprzestała: – Marcelo nie chce się ze mną podzielić.

Marcelo. Podzielić. Niemożliwe. Jak oni to zrobili? Gdzie są te prawdziwe? Lucia. Martita. Gonzalo.

– Jest twój tata, – powiedziała kobieta. – Jak zawsze, przyszedł bez zapowiedzi.

– Tata? – Iribarren wiercił głową patrząc na ściany, jakby jego ojciec miał mieć z tym coś wspólnego.

– Jest w pokoiku, gra z Marcelo w szachy.

Iribarren postanowił działać bez preludium. Ruszył prosto na drzwi i tym swoim ruchem potrącił szachownicę i figury. Znajdowali się tam Zeliński i Odłamek.

– Po co te nerwy? – powiedział staruszek. – Coś nie gra?

– Czy coś nie gra? – Iribarren głupio patrzył na skoczków, które jakimś dziwnym trafem spadły całą czwórką na białą tapetę. – Skurwysyny! Śmiecie!

– Jorge, co się z tobą dzieje? Boję się – zawołał Zeliński. – Marcelo, twój ojciec…

– Zwariował? – Marcelo pokręcił głową. – Nie, nie zwariował. Trochę jest przerażony tym, co go w parku spotkało, mam rację, tato?

– Nic mnie w parku nie spotkało. Co mogłoby mnie spotkać? – Iribarren podszedł ostrożnie i niespodziewanie wyciągnął ręce. Sam się zaskoczył, gdy palce objęli szyję staruszka i objęły ją stalowym pierścionkiem. Na zewnątrz zaszczekał Bismarck.

– Co… ty… wyprawiasz? – wyjąkał staruszek. Marcelo rozpiął bez trudu palce Iribarrena, głównie dlatego, że zaskoczenie pozbawiło pułkownika woli. Twarde mięso. Chrząstki o charakterystycznej konsystencji i szorstki zarost z tyłu głowy. Lodowata macka koszmaru, który trwa zbyt długo.

– Co z nimi zrobiliście?

– Z kim? – Marcelo miał spokojny głos. Był o kilka lat starszy od Gonzala, masywniejszy też, i miał zimną krew. Poradziłby sobie z jego synem w minutę osiem.

– To co, idziecie jeść czy nie? – znów zawołała tubalnym głosem Rosa Naranjo. – Dziecko umiera z głodu.

– Nie ma was, – po raz któryś powtórzył Iribarren. Ale po wymówieniu tych słów opuścił ręce. Nie da się nic już zrobić. – Dobra, – powiedział. – Wygraliście. Chcecie, żebym powiedział? No dobra, to macie. Jestem śmieciem, zabójcą. Przepraszam was pokornie za wszystko, co wam zrobiłem, za męki, który wam uczyniłem, i za to, że was zabiłem. Wystarczy? A teraz zwróćcie mnie moją rodzinę! – Nie brzmiał przekonująco, ale nic lepszego nie wymyślił. Broń była daleko, a i tak by nic nie pomogła, wiedział o tym. Było już na wszystko za późno.

Oszuści, odmieńcy, podróbki, wymyśleni poruszali się tak, jakby uczyli się tańcować będąc w windzie: mierzyli ruchy, nie śledzili własnych poruszeń.

– Nie istniejemy? – Teraz mówił Zeliński. – Ile jeszcze jest ci potrzebne, żebyś przyjął rzeczywistość taką, jaka jest, a nie taką, jakby ciebie się chciało? Rodzina? My jesteśmy twoją rodziną, jedyną rodziną, którą możesz mieć. Nie żal się, nauczysz się z nami mieszkać.

– Nie ma was, – załkał Iribarren. – Ja was zabiłem. Zabiłem Bernala prądem. Każdego z was. Czy mam to napisać na papierze? Tego ode mnie żądacie? Chcecie, żebym poszedł do prasy, na telewizję, żebym się zgodził na reportaże? Dobra, zrobię to. Czego jeszcze żądacie ode mnie?

– Znów ten teatr pokutowania? – Rosa była widocznie zdenerwowana. – Póki co raz na tydzień, wkrótce będzie codziennie.

– Mamo, co się dzieje z tatą? – zapytała dziewczynka, która nie była Martitą.

Iribarren podniósł głowę i odnalazł trochę pewności siebie:

– Jacyście zdolni. Jacyście sprytni. Czyli tylko na taką rodzinę zasługuję. Nie pomyślałem wcześniej, że aż tak możecie być bystrzy.

– Czy my koniec końców zjemy? – zapytała niecierpliwie Rosa.

– Nie, ja jeść nie będę – oznajmił Iribarren. – Inne mam sprawy.

– Co teraz?

– Możecie bawić się w co chcecie, – pułkownik wydawał się podłączony do jakiejś sieci, która działała w trybie awaryjnym. Odwrócił się do wszystkich plecami i wyszedł z pokoju, wyszedł z domu. Nikt mu nie przeszkadzał, kiedy wsiadał do samochodu, nikt mu nie przeszkadzał, kiedy jechał do dowództwa. To nie był dobry czas, żeby mieszać innym w głowie, ale wymagały tego obecne warunki.

Prowadził jak opętany. Nie zwracał uwagi na czerwone światła i dojechał w dziesięć minut. Bramę otworzono po okrzykach, opony zadruzgotały po żwirze. Nie wyłączył silnika ani nie zamknął drzwi. Przeskoczył trzy stopnie i dysząc stanął w drzwiach Pozziego.

 

– Jakiś problem, panie pułkowniku? Źle się pan czuje? – Sampedro wyjął papierosa z wewnętrznej kieszeni kurtki lotniczej i zapalił tą samą ręką, ruchem, który Iribarrenowi nie wydał się ani magicznym, ani nienaturalnym. Spojrzał w oczy niskiemu mężczyźnie o śniadej cerze i kręcących się włosach, ubranemu w kurtkę lotniczą, brezentowe spodnie i skórzane buty. I zrozumiał, że teraz po raz pierwszy krąg się zamknął ostatecznie i że w całym wszechświecie nie ma żadnej siły, która mogłaby ten krąg rozbić i jego uwolnić.


Título original: "El círculo se cierra"

Traducción al polaco: Vladimir Koultyguine

No hay comentarios:

Publicar un comentario

CANDIES

  Now everything is distorted, like in a badly remembered dream. But while it was happening it followed logical rules, it had a certain in...