– Dobry wieczór, pamięta mnie Pan?
– mężczyzna, który zastąpił pułkownikowi Jorgemu Iribarrenowi drogę, wzrost
miał niski, cerę śniadą, włosy zaś kręcone; ubrany był w kurtkę lotniczą,
brezentowe spodnie i skórzane buty.
– Nie, nie pamiętam, – powiedział
Iribarren. – Czyżbym musiał?
– Myślę, że tak – stwierdził
tamten. Wyjął z wewnętrznej kieszeni kurtki papierosa i magicznym ruchem (–
przynajmniej Iribarrenowi wydał się magiczny) zapalił go tą samą ręką– Zabił
mnie Pan jakiś czas temu.
Przez chwilę pułkownik Iribarren
stał w miejscu. Zmierzch powoli ustępował miejsca nocy. Zanim odpowiedział,
spojrzał na jasne niebo, na księżyc, który chował się wśród budynków
okalających skwer.
– No tak, chociaż konkretnie Pana
nie pamiętam. Zabiłem wiele osób takich, jak Pan, ale jeszcze nikt z nich na to
mi się nie skarżył. Jest Pan pewien, że to byłem ja?
– Czy że to Pan mnie zabił, czy że
wydał Pan taki rozkaz?
– To i drugie, – Iribarren ani się
przejął. W życiu przydarzyło mu się wiele trudnych sytuacji, jakiś tam mitoman
wielkiej krzywdy nie zrobi.
– Może przypomni mnie sobie Pan,
gdy powiem, jak się nazywam.
– Nie sądzę, –odparł szybko
Iribarren.
– A jednak powiem. Za życia byłem
komandorem Sampedro.
Iribarren zrobił krok w bok: szkoda
czasu, trzeba obejść przeszkodę i po prostu iść dalej. Zakładał, że nawet w tej
niecodziennej sytuacji postąpił tak jak trzeba, nie pokazując ani wrogości, ani
cynizmu w stopniu większym od normalnego. Z tego właśnie powodu, kiedy podający
się za komandora Sampedro mężczyzna skopiował ruch pułkownika i znów stanął
przed nim, postanowił skończyć z własną biernością.
– Z całym szacunkiem. Żywy czy
martwy, blokuje mi pan przejście. Czeka na mnie rodzina. Już powiedziałem, że
Pana nie znam, że nie kojarzę, żebym Pana zabił osobiście lub wydałem rozkaz,
aby ktoś Pana zabił. Nie mam nic wspólnego z Pańską śmiercią i z tego właśnie
powodu łaskawie Pana proszę zejść mi z drogi, – te ostatnie cztery słowa
zabrzmiały o oktawę wyżej niż reszta zdania.
W tym samym momencie, jakby
podporządkowując się jakiemuś sygnałowi lub wykonując program, światła w parku
Zgody Narodowej jednocześnie się zapaliły. Wydawało się, iż właśnie błysnął
piorun i jednocześnie postanowił zawisnąć w atmosferze.
Iribarren zmrużył oczy; Sampedro
się uśmiechnął. Za plecami komandora ukazała się cała gromada mężczyzn i kobiet
o posępnych i poważnych twarzach. Były wśród nich także dzieci i osoby starsze.
– Niech pan pułkownik wybiera.
Jeśli myśli pan, że się mylę, że to nie pan mnie zabił, ma pan teraz dobrą
okazję naprawić swój błąd. Mam całkowitą pewność, że zabił pan niektórych z
tych ludzi, a może nawet wielu… choć wystarczy nawet jedna osoba, nie sądzi
pan?
Księżycowa bladość, która się
pojawiła na twarzy Iribarrena, jasno dawała znać, że tym razem Sampedrowi się
udało. Tłum wydawał się poruszać, żądając od niego – od niego osobiście –
zadośćuczynienia za czyny popełnione w przeszłości. Martwi czy żywi, stali
przed nim. Realni czy nie, stali przed nim. Postanowił jednak nie gadać
banałów, że wykonywał czyjeś rozkazy. Użył swej zwykłej strategii i rozpoczął
kontratak.
– Niektórych pamiętam – powiedział.
– Takiego o nazwisku Bernal, Rosę Naranjo, Bernarda Zelińskiego i jeszcze
chłopca, którego miał przydomek Odłamek, Marcelo Cardoso. Są tu? – Machnął ręką
w kierunku tych ludzi. – Wystarczy tego?
– Są – powiedział Sampedro głosem
bardzo poważnym. – A czy wystarczy… tego się wkrótce dowiemy.
Cztery sylwetki oddzieliły się od
tłumu i ruszyły naprzód, aż stały przy Sampedro, dwie z każdej strony. Kobieta
trzymała za rękę dziecko. Zeliński to był głęboki starzec, Odłamek zaś i Bernal
prawie nastolatkowie.
– To wasze imiona wypowiedziałem? –
spytał Iribarren. – Nie pamiętam was, przynajmniej twarzy waszych nie pamiętam.
– Umysł jest selektywny –
powiedział z zadumą Sampedro. – O niektórych czynach lepiej byłoby zapomnieć, a
najlepszym na to sposobem jest zapomnienie twarzy osób przez siebie zabitych,
nie sądzi pan?
Iribarren nie czuł nic szczególnego
będąc w otoczeniu ludzi, którzy nie dość, że zapewniali, że są martwi, lecz na
dodatek oskarżali go o swoją śmierć. Nic nie czuł – i wiedział, dlaczego.
– Co teraz? – spytał. – Chcecie się
na mnie zemścić? O to chodzi?
Pięcioro osób zamieniło się
spojrzeniami. Widać było, że się wahają. Aż w końcu głos zabrała kobieta, Rosa.
– Myśli pan, że tego byśmy nie
zrobili? Na mielone byśmy pana roztłukli bez żadnego poczucia winy. Ale nie
możemy. Martwi nie zabijają.
– Rozumiem, – powiedział Iribarren,
– martwi nie zabijają. – Jego twarz bez żadnego wyrazu tamowała niejasne
jeszcze uczucia, które zaczęły już go gryźć od środka.
– Nie boi się pan? – zapytał
Bernal. Wyglądał teraz jak spokojny i łagodny mężczyzna, nie chłopiec , i tym
bardziej nie jako wariat, którego pozbyć się byłoby łatwiej niż karalucha.
– Czy boję się koszmaru sennego? –
Iribarren skrzywił twarz, ale nie pozwolił sobie się uśmiechnąć.
– A więc o to chodzi – powiedział
Sampedro. – Sądzi pan, że to jest sen. – Komandor ugryzł się w górną wargę i
stał tak przez chwilę. Iribarren zgadł, że nie podobała się jego przeciwnikowi
taka rozgrywka. Był pewien, że możliwość ta została przewidziana w badaniach
wstępnych, lecz nie potrafił upewnić go, pułkownika Jorgego Iribarrena, że nie
śpi, że to nie jest zwykła mara senna, która spadnie jak tylko człowiek się
obudzi.
– Śnię lub wariuję, – nie
odpuszczał Iribarren. – Koszmar może przybierać wszelakie formy, w tym absurdu.
Zaczęło się od tego, że znalazł się pan przede mną na drodze, chociaż nie
pamiętam, co było wcześniej. Wzrok mam przesycony do pewnego momentu, potem
jest przepaść. Jednego jednak jestem pewien: jesteście tworem mojego umysłu,
nie ma was.
– Pana rannego umysłu, chorego
umysłu pana? – Sampedro usiłował przejąć inicjatywę, uderzyć mocno, żeby
zabolało. Ale Iribarren wiedział, że żaden pocisk już nie przebije pancerza;
wiedział , że jest twardy, bardzo twardy. Nic mu zjawa nie zrobi.
– Mojego umysłu – Iribarren rzucił
na wszystkich pięciorga długie spojrzenie, w którym nie było ani strachu, ani
kpiny. To trwało zbyt długo i było zbyt prawdopodobne. Ale zbyteczność nigdy mu
nie przeszkadzała.
– Co ma pan na myśli? – Zeliński
zrobił krok do przodu wyciągając rękę. Dłonie miał olbrzymie, mógłby udusić
Iribarrena jedną tylko z nich. – Myśli, że jak pan powie, że zwariował, to
będzie już po wszystkim?
– Nie wierzę w zjawy – odparł
Iribarren. – Ani w winę, ani w mity, ani w ból. Jedyne w co może trochę wierzę,
to śmierć.
– I z tych tylko powodów, –
powiedział Sampedro, – jest pan upewniony, że śni? Szkoda mi Pana!
Iribarren nie zmienił wyrazu
twarzy, machnął ramionami i powiedział: – Nie ma innej możliwości. Wystarczy,
że zrobię wysiłek i się obudzę. Wiele razy to robiłem. – Zamknął oczy, ścisnął
powieki, na czole pojawiły mu się paski podobne do pentagramów, parę zmarszczek
i blizna utworzyły pięciolinię. Ale gdy otworzył oczy, nic się nie zmieniło. Po
raz pierwszy wydawał się z lekka zagubiony.
– Wzrok może przesycony, –
zaobserwował Sampedro, – ale wciąż jest. Co zostaje? Zostaje coś? Z tej
przepaści, z tej czarnej nocy. Nie śni pan, nie wariuje, nie ma pan
halucynacji. Co zostaje?
– Przepraszam, ale nie rozumiem, o
czym pan mówi. Może to jest tylko trans spowodowany jakimś narkotykiem. To jest
możliwe. Ktoś podał mi narkotyk, aby wymusić na mnie to doświadczenie. Ale to
nie może trwać wiecznie. Uwolnię się od tego, może być pan tego pewien.
Komandor Sampedro westchnął: – To
jest silniejsze niż Pan myśli. Nie, Panie pułkowniku, nie koszmar ugotowaliśmy
panu – bardziej to przypomina więzienie, w którym na zawsze Pan pozostanie. Już
Pan od tego się nie uwolni, dopilnujemy tego.
– Uwolnię się – powiedział
Iribarren spokojnie. – Niech Pan się nie wygłupia. Ocknę się, – tu przerwał na
chwilę i wyciągnął papierosa. Nie znał się na sztuczkach magicznych, więc użył
zapałki. Po tym, jak wypuścił wielki kłąb dymu, wyciągnął w kierunku Sampedro
tę samą rękę, w której był papieros; trochę mu drżała. – Powiem Panu, co
zamierzam zrobić, żeby raz na zawsze skończyć z tą iluzją. Jesteście Państwo
martwi, i to bardzo martwi. Moi koledzy i ja postaraliśmy się, aby tak się
stało. Dlatego zaszarżuję, przejdę przez wasze ciała na przełaj, a gdy będę już
po drugiej stronie, znikniecie Państwo, jak dym tego papierosa.
– Ale skąd taka pewność? –
powiedział Zelinsky. – Co, jeśli natknie się Pan na martwych, co, jeśli nie
jesteśmy z mgły stworzeni? W takim razie będzie Pan miał problemy, co, nie?
Iribarren zastanowił się nad sednem
sprawy. Było dokładnie tak, jak powiedział staruszek: musiał podjąć ryzyko i
sprawdzić, na ile ściana jest mocna. A co, jeśli martwi okażą się z krwi i
kości? Co wtedy zrobi?
– Nie musi pan sprawdzać –
powiedział dziarsko Sampedro. – Niech Pan mi zaufa i grzecznie przyjmie swój
los. Nigdy nie przypuszczał Pan, że kiedyś trzeba będzie zapłacić za swoje
czyny?
Potężna ławina nacierała
pułkownikowi na usta; tym razem nie zatrzymał wybuchu śmiechu: – Kara? Myśli
Pan, że robiliśmy to co robiliśmy, aby potem przez resztę życia czekać na karę
wykonaną przez tę samą wolę, która nas zasilała? Znamy to uczucie, gdy Bóg
tętni w naszych żyłach, z naszą krwią wymieszany. A wy może się wahaliście
zabijając naszych? Czy wasza religia różni się od naszej?
Znów zawieruszyło się w przestrzeni
zajętej przez tysięcy zabitych i oprawcę; przypominała szachownicę, na której
byli figurami. Park Zgody Narodowej ponownie stał się polem walki. Pułkownik
Iribarren wzdrygnął się odruchowo, słysząc głośny ryk pochodzący z jednego
gardła – zebranego tu tłumu.
– Nie, nie wahaliśmy się, – rzekł w
końcu Sampedro.
– Ale i teraz się nie zawahamy, –
oznajmił Zeliński podsuwając wojskowemu pod nos swoją wielką pieść.
Iribarren otworzył oczy, jak gdyby
to były żuchwy, i zatrzepotał nimi. Martwi zrobili krok w tył.
– Teraz rozumiecie? – rzekł. –
Jesteście niczym, dymem, mgłą, oparami, kondensatem moich własnych zastanawiań,
ponieważ nie pozwalam sobie czuć żadnej winy za to, co popełniłem – za to, co
popełniliśmy.
– Jest teraz remiz pomiędzy nami,
Iribarren, – powiedział Sampedro, zajmując pozycję sprzed chwili. – Ale mamy
jeszcze małą, mikroskopijną przewagę. Gra Pan w szachy?
– Do czego Pan teraz zmierza? Tak,
gram, co z tego?
– W takim razie, – Sampedro
kontynuował śmiało – wie Pan, iż dobry gracz nawet w sytuacji ścisłej równowagi
widzi, jak ma postępować, żeby wygrać. Symetria i równowaga. O tym też Pan wie?
– Dajcie mi święty spokój! To jest
wasza zemsta, utrzymywanie mnie tu przeciwko mojej woli, dręczenie mnie
zagadkami i obskurnymi groźbami?
Sampedro się zaśmiał. Niektórzy z
pozostałych podchwycili ten śmiech bez większego entuzjazmu.
– Kupuje Pan tanio, prawie za darmo
dostaje, a jak chce sprzedawać, to już w cenie złota. Nie, Iribarrenie. To
byłoby zbyt lekko, zbyt… brzydko, gdybyśmy się zrezygnowali poprzestać na
zwykłem koszmarze.
– A to jest, do cholery, koszmar!
Obudzę się i wszyscy znikniecie!
– To nie jest koszmar, Panie
pułkowniku, – rzekła Rosa.
– To nie jest koszmar, – echem
odezwał się Bernal.
– Chcecie mnie tymi powtórzeniami
zmusić? Myślicie, że wystarczy powtórzyć raz tysiąc “to nie jest koszmar, to
nie jest koszmar”? – Iribarren pozwolił, aby cyniczny grymas rozniósł się po
całej go twarzy. – Martwi, a do tego jeszcze debile. Tak to nie działa. Jestem
profesjonalistą i też wiem, co robię. W zasadzie, zrobiłbym to znów. Myślicie,
że tylko wy tacy jesteście, co wierzycie w ideologię, wartości, idee?
– Chwilę temu powiedział Pan, że
nie wierzy ani w winę, ani w ból, co daje mi prawo myśleć, że nie wierzy prawie
w nic, – wrzasnął Sampedro. – Tylko może trochę w śmierć. To Pan powiedział,
nie ja. A teraz gada Pan o ideach i wartościach.
– Nie pobije mnie Pan, Panie
Sampedro, w batalii dialektycznej. Ja nie jestem łatwym łupem. Mógł Pan wybrać
pacana, jakim jest generał Pozzi lub pułkownik Estévez! Z nimi możecie grać w
tę grę aż wam się znudzi, jak najgorszy kot z najlepszą myszą. Ale ze mną nie.
Ja czytam, ja się uczę. Wojna, którą przeciwko wam prowadzę, jest czymś
większym, niż tylko obrona interesów grup gospodarczych. To jest krucjata,
Sampedro, i Pan się ze mną rady nie da.
Sampedro spojrzał na swoich
wspólników, pokazując im, że wszystko idzie według planu. Ale tu głoś wziął
Zeliński.
– Nie wyobraża sobie Pan, co Pana
czeka.
Iribarren spojrzał na Zelińskiego
wzrokiem ostrym jak kosa.
– Zamierzam się raz na zawsze
obudzić, taką mam nadzieję, żebyście zniknęli z mojej drogi. Zamierzam przejść
przez ten cholerny park i wrócić do domu, zostać z moją rodziną, zjeść kolację,
trochę poczytać przed pójściem spać. Zazdrościcie mi tego? Ja to mam, a wy to
straciliście. Wygrałem. Wygrałem, kurwa! – Pułkownik zakrył twarz dłonią, tak
jakby chciał ściągnąć z twarzy maskę: ścisnął wierzchołek nosa dwoma palcami i
wstrząsnął głową po stronach. Trzask chrząstek zabrzmiał glośno w spokoju
ciepłej nocy.
– Nie, Panie pułkowniku, – rzekł
Sampedro, – partia jest wciąż grana, i to my mamy dobre szanse.
Nie anonsując swojego posunięcia,
Iribarren ruszył z siłą na pierwszy rząd martwych. Lecz nie zdążył zaskoczyć
ich swoją szybkością. Martwi odeszli w bok, pułkownik potknął się i przewrócił
się w krzaki. Usłyszał krótki wybuch powstrzymywanego śmiechu.
– Daremnie stara się Pan dowieść,
iż jesteśmy zjawami – rzekł Zeliński. – Nie o to chodzi, Panie Iribarrenie.
Iribarren wstał i pomaszerował
prosto do domu, nie rozglądając się za siebie. Był pewien, że pozostawia za
plecami pozbawione krwi i kości resztki snu, ale nie chciał dawać przyjemności
tym podłym martwiakom.
Sprawa traciła się na ważności w
miarę tego, jak Iribarren zbliżał się do domu. Wiedział, że codzienność,
znajome przedmioty, które stoją tam, gdzie trzeba, przegonią ostatnie reszty
halucynacji. A jeśli to nie była halucynacja? To było jedyne możliwe wyjaśnienie.
Ogarnął go spokój: wiedział, co na niego czeka. Przypominał sobie każdy
szczegół z nadzwyczajną dokładnością, i samo układanie tej listy
inwentaryzacyjnej napełniało go swego rodzaju psychiczną mocą. Ogród, pies,
grill, na którym smażył mięso, drzewo pomarańczowe, skrzynia z bronią.
Wszystkie te rzeczy przywracały go do rzeczywistości. Z tego powodu był pewien,
że to, co przeżył, było koszmarem lub niepożądanym skutkiem jakiegoś zajścia,
którego przyczyna jeszcze się znajdzie. Pomyślał o Lucii, która pewnie już się
wkurza spóźnieniem, bo przecież jedzenie trzeba jeszcze raz podgrzać; o Marcie,
która ociera oczy w uporczywej walce ze snem; o Gonzalu, zawsze niecierpliwym,
ale dyscyplinowanym, posłusznym ojcowskim nakazom na tyle, że nie wychodził nawet
na spotkanie z przyjaciółmi nie powiedziawszy wcześniej “dzień dobry tato” i
nie wymieniwszy parę słów. To, co dobrze jest ustawione, będzie trwało zawsze,
powiedział sobie.
Kiedy już zobaczył swój dom,
przeszły go dreszcze. Światła były zgaszone, tak jakby nikogo w środku nie
było. To niesprawiedliwe: pomiędzy życiem poprzednim a wiecznym, które miało
nastąpić po tym teraźniejszym, nie było nic poza wydarzeniami przewidywalnymi,
prostymi, osobiście przecież się postarał, aby tak było. Mrugnął – i światła
się zapaliły, tak jak wcześniej w parku zapaliły się wszystkie światła
jednocześnie. Czy jakiś niezdolny operator krył się w cieniu wierzb, niezdarny
pracownik, który co chwila się rozprasza i zapomina, że trzeba coś włączyć?
Iribarren szybko się ocknął i pewnym krokiem przeszedł ostatnie metry.
Szczekanie dalmatyńczyka Bismarcka, które jeszcze z dala usłyszał, zamknęło
krąg niewidzialnych znaków. Pozwolił psu skakać na siebie, póki otwierał
furtkę; potem odepchnął go jednym ruchem ręki. Wstawił klucz w zamek
drewnianych drzwi z pewnością lamy i nie mogąc się oprzeć zawołał:
– Lucio, jestem w domu!
W odpowiedzi dostał osobliwą ciszę.
Nie była to pełna albo brutalna cisza, lecz cisza dziwna, zrobiona z
malusieńkich cząstek dźwięku. Nakładały się nawzajem odgłosy zabawek w
piaskownicy, dźwięki rzucane przez salę niezdarną ręką, dziwne, głuche hałasy.
W końcu zrozumiał: takie odgłosy wydają aktorzy, przebierając się w kulisach,
gdy jeden akt się skończył i zaczyna się drugi. Powtórzył: jeden akt się
skończył i zaczyna się drugi. Usłyszał szept zagubionych, niewiernych myśli, i
imiona stały mu się w gardle gulą. Lucia. Martita. Gonzalo. Chciał ich zawołać
i nie potrafił.
– Jestem – wydał z siebie szorstki
głos. Półmrok kuchni wypluł ku niemu kobietę. Podeszła wycierając ręce, włócząc
nogi, dysząc. Była to Rosa Naranjo.
– Co Pani robi w moim domu? –
powiedział Iribarren, lub w każdym razie prawie powiedział, słowa bowiem
wysuszyły mu się w podniebieniu i w dziąsłach, zanim dotarły do warg. Ale
kobieta potrafiła rozszyfrować ten jęk.
– Co robię w swoim domu? – odparła.
– Gotuję dla Pana, który lada chwila przyjdzie.
– Gdzie jest Lucia?
– Kto to Lucia?
– Gdzie są dzieci?
– Tu jestem – rzekła dziewczynka,
którą Rosa trzymała w parku za rękę. Iribarren po raz pierwszy spojrzał na nią.
Miała śniadą cerę, oczy jej biegały. W ogóle nie była podobna do Marty. Ale na
tym dziewczynka nie poprzestała: – Marcelo nie chce się ze mną podzielić.
Marcelo. Podzielić. Niemożliwe. Jak
oni to zrobili? Gdzie są te prawdziwe? Lucia. Martita. Gonzalo.
– Jest twój tata, – powiedziała
kobieta. – Jak zawsze, przyszedł bez zapowiedzi.
– Tata? – Iribarren wiercił głową
patrząc na ściany, jakby jego ojciec miał mieć z tym coś wspólnego.
– Jest w pokoiku, gra z Marcelo w
szachy.
Iribarren postanowił działać bez
preludium. Ruszył prosto na drzwi i tym swoim ruchem potrącił szachownicę i
figury. Znajdowali się tam Zeliński i Odłamek.
– Po co te nerwy? – powiedział
staruszek. – Coś nie gra?
– Czy coś nie gra? – Iribarren
głupio patrzył na skoczków, które jakimś dziwnym trafem spadły całą czwórką na
białą tapetę. – Skurwysyny! Śmiecie!
– Jorge, co się z tobą dzieje? Boję
się – zawołał Zeliński. – Marcelo, twój ojciec…
– Zwariował? – Marcelo pokręcił
głową. – Nie, nie zwariował. Trochę jest przerażony tym, co go w parku
spotkało, mam rację, tato?
– Nic mnie w parku nie spotkało. Co
mogłoby mnie spotkać? – Iribarren podszedł ostrożnie i niespodziewanie
wyciągnął ręce. Sam się zaskoczył, gdy palce objęli szyję staruszka i objęły ją
stalowym pierścionkiem. Na zewnątrz zaszczekał Bismarck.
– Co… ty… wyprawiasz? – wyjąkał
staruszek. Marcelo rozpiął bez trudu palce Iribarrena, głównie dlatego, że
zaskoczenie pozbawiło pułkownika woli. Twarde mięso. Chrząstki o
charakterystycznej konsystencji i szorstki zarost z tyłu głowy. Lodowata macka
koszmaru, który trwa zbyt długo.
– Co z nimi zrobiliście?
– Z kim? – Marcelo miał spokojny
głos. Był o kilka lat starszy od Gonzala, masywniejszy też, i miał zimną krew.
Poradziłby sobie z jego synem w minutę osiem.
– To co, idziecie jeść czy nie? –
znów zawołała tubalnym głosem Rosa Naranjo. – Dziecko umiera z głodu.
– Nie ma was, – po raz któryś
powtórzył Iribarren. Ale po wymówieniu tych słów opuścił ręce. Nie da się nic
już zrobić. – Dobra, – powiedział. – Wygraliście. Chcecie, żebym powiedział? No
dobra, to macie. Jestem śmieciem, zabójcą. Przepraszam was pokornie za
wszystko, co wam zrobiłem, za męki, który wam uczyniłem, i za to, że was
zabiłem. Wystarczy? A teraz zwróćcie mnie moją rodzinę! – Nie brzmiał
przekonująco, ale nic lepszego nie wymyślił. Broń była daleko, a i tak by nic
nie pomogła, wiedział o tym. Było już na wszystko za późno.
Oszuści, odmieńcy, podróbki,
wymyśleni poruszali się tak, jakby uczyli się tańcować będąc w windzie:
mierzyli ruchy, nie śledzili własnych poruszeń.
– Nie istniejemy? – Teraz mówił
Zeliński. – Ile jeszcze jest ci potrzebne, żebyś przyjął rzeczywistość taką,
jaka jest, a nie taką, jakby ciebie się chciało? Rodzina? My jesteśmy twoją
rodziną, jedyną rodziną, którą możesz mieć. Nie żal się, nauczysz się z nami
mieszkać.
– Nie ma was, – załkał Iribarren. –
Ja was zabiłem. Zabiłem Bernala prądem. Każdego z was. Czy mam to napisać na
papierze? Tego ode mnie żądacie? Chcecie, żebym poszedł do prasy, na telewizję,
żebym się zgodził na reportaże? Dobra, zrobię to. Czego jeszcze żądacie ode
mnie?
– Znów ten teatr pokutowania? –
Rosa była widocznie zdenerwowana. – Póki co raz na tydzień, wkrótce będzie
codziennie.
– Mamo, co się dzieje z tatą? –
zapytała dziewczynka, która nie była Martitą.
Iribarren podniósł głowę i odnalazł
trochę pewności siebie:
– Jacyście zdolni. Jacyście
sprytni. Czyli tylko na taką rodzinę zasługuję. Nie pomyślałem wcześniej, że aż
tak możecie być bystrzy.
– Czy my koniec końców zjemy? –
zapytała niecierpliwie Rosa.
– Nie, ja jeść nie będę – oznajmił
Iribarren. – Inne mam sprawy.
– Co teraz?
– Możecie bawić się w co chcecie, –
pułkownik wydawał się podłączony do jakiejś sieci, która działała w trybie
awaryjnym. Odwrócił się do wszystkich plecami i wyszedł z pokoju, wyszedł z
domu. Nikt mu nie przeszkadzał, kiedy wsiadał do samochodu, nikt mu nie
przeszkadzał, kiedy jechał do dowództwa. To nie był dobry czas, żeby mieszać
innym w głowie, ale wymagały tego obecne warunki.
Prowadził jak opętany. Nie zwracał
uwagi na czerwone światła i dojechał w dziesięć minut. Bramę otworzono po
okrzykach, opony zadruzgotały po żwirze. Nie wyłączył silnika ani nie zamknął
drzwi. Przeskoczył trzy stopnie i dysząc stanął w drzwiach Pozziego.
– Jakiś problem, panie pułkowniku?
Źle się pan czuje? – Sampedro wyjął papierosa z wewnętrznej kieszeni kurtki
lotniczej i zapalił tą samą ręką, ruchem, który Iribarrenowi nie wydał się ani
magicznym, ani nienaturalnym. Spojrzał w oczy niskiemu mężczyźnie o śniadej
cerze i kręcących się włosach, ubranemu w kurtkę lotniczą, brezentowe spodnie i
skórzane buty. I zrozumiał, że teraz po raz pierwszy krąg się zamknął
ostatecznie i że w całym wszechświecie nie ma żadnej siły, która mogłaby ten
krąg rozbić i jego uwolnić.
Título original: "El círculo se cierra"
Traducción al polaco: Vladimir Koultyguine

